Dzień 11
O dzisiejszej rowerowej wspinaczce słyszeliśmy od dawna - będzie to trudne, długie, strome zbocze. Zdecydowaliśmy się pościągać. Dotychczasowy rekord to 37 min. Mnie wszystko zajęło godzinę zaciskania zębów, potu, bólu mięśni. Niektórzy rozpłakali się na szczycie z histerycznego śmiechu. Dla mnie sukcesem było to, że nie zsiadłam z roweru i nie pchałam. Czasami pedały kręciły się tak wolno, że wydawało mi się, że upadnę. 22 km do miejsca postoju porozkładaliśmy się na trawie. Lubię, kiedy jedynym marzeniem dorosłego facet staje się lizak!
Dzień 12
Obudziliśmy się przy czterech stopniach - zimno szkockie. Po godzinie jazdy zamarzły mi place u nóg i rąk i miałam straszny ból głowy. Mijaliśmy właśnie Ben Nevis, najwyższą górę w Wielkiej Brytanii z pięknymi widokami w niesamowitym słońcu. Dzisiaj bardzo mi się podobało, może dlatego, ze czułam wyraźnie bliskość oceanu, który oznacza zakończenie wyprawy. 10 minut przed postojem przyczepa ciężarówki zbliżyła się do mnie za blisko i zmuszona byłam opuścić jezdnię do rowu, uszkadzając sobie lewe biodro i prawe ramie. Czekając na policje, maleńkie, natrętne muszki zjadły nas żywcem. Jutro kończymy naszą wyprawę.
Dzień 13
Ostatni dzień zaczął się w pochmurnej pogodzie, nowym rodzaju zimna od Morza Północnego. Musiałam zatrzymywać się co osiem kilometrów, gdyż po wczorajszym nieoczekiwanym spotkaniu z ciężarówką straciłam czucie w dłoni a place robiły się niebieskie. Wiatr był porywisty, w plecy i lewy bok z wyjątkami ten części, wijącej się bardzo drogi, gdzie wiał nam dokładnie w twarz. Czasami trzeba było jechać w którąś stronę aby po prostu jechać prosto. Cały dzień zastanawiałam się, kim był tajemniczy John o' Groats, do którego przejechałam 1600 km, nikt nie umiał mi wyjaśnić. Wreszcie dotarliśmy do pubu, w którym cała grupa zebrała się, aby razem przekroczyć końcową linię trasy. Potem były zdjęcia, szampan, prysznic i obiad oraz kosztowanie lokalnych rodzajów whisky.
Dzień 14
Następnego dnia wichura osiągała prędkość 140 km na godzinę, deszcz lał horyzontalnie, na szczęście my siedzieliśmy w ciepłym autobusie. Droga do domu zajęła nam cały dzień. Świetna wyprawa, świetny zespól, niesamowite widoki, jedzenie, tylko na rower jakoś nie mogę teraz patrzeć.














